W pierwszy weeekend po moim przybyciu ruszylismy nad ocean. 1,5h atobusem od Santiago lezy Valparaiso, przepiekne miasto polozone na wzgorzach, tuz nas samiuskim oceanem. Niektorzy pamietaja pewnie foty z mojej zeszlorocznej wyprawy do Chile. To tam jest `moj niebieski dom´:

Oprocz geograficznego polozenia Valapraiso zachwyca kolorami. Nawet w starej, biednej czesci miasta kazdy dom polamowany jest inaczej, wiekszosc ma na scianach graffiti. Nie musze dodawac, ze spaceruje sie dlatego o wiele przyjemniej i co chwila przystaje, zeby cyknac fote. No i dlatego, ze chodzi sie wciaz po wzgorzu, wiec zadyszka murowana, nawet dla tych co cwicza:P Znajomy Chilijczyk opowiadal, ze co roku maja w Valparaiso konkurs na najfajniej pomalowany dom, dlatego nawet te prawie rozpadajace sie zachwyacaja czasem pomyslowoscia w barwach. Gorzej sprawa wyglada wewnatrz. Bo chociaz widok pietrowo ustawonych domow na wzgorzu tuz nad zatoka robi wrazenie, to z bliska i w srodku sa jak domki z kart. I zimne. Przetrzymanie tej pory roku musi byc naprawde malo przyjemne..




Poza tym miasto ma unikalny, artystyczny klimat. Uzaleznia. Dlatego wroce tam nieraz na bank. Dodac trzeba tez czynnik sentymentalny, bo to tam - miedzy Valparaiso a blizniaczym Vina del Mar zobaczylam po raz pierwszy ocean.
Mielismy szczescie co do pogody w ten weekend. Wyszlo slonce, mozna bylo nawet zdjac plaszcz. Obiad zjedlismy u tesciow siostry Claudia, ktorzy mieszkaja w jednym z takich drewnianych domow na wzgorzu. Yeah, tesciow siostry Claudia, w sumie daleka rodzina, ale zaprosili nas bez mozliwosci odmowy, za to z mega duzymi porcjami na talerzu. Wszyscy tu zreszta mowia, ze jem jak ptaszyna, ale ja sie upieram, ze to oni jedza za trzech! Watek gastronomiczny zostawie na oddzielnego posta. Narazie wspominam po raz kolejny o tutejszej goscinnosci.
I kilka fot z weekendu.

A my tymczasem szykujemy sie na wyprawe do San Pedro de Atacama. Za 2 dni ruszamy na daleka polnoc, na pustynie, gdzie w dzien bede umierac z goraca (jakes +28), a w nocy z zimna (jakies +5). A jak juz ja przejdziemy dojdziemy do Doliny Ksiezycowej, gdzie mam pasc z wrazenia z powodu widokow i zejsc do gejzerow, gdzie moge umrzec za to z zimna, patrzac na ubrania jakie musialam kupic, zeby w ogole moc sie do San Pedro wybrac (termo kombinezon a la astronauta, puchowa kurtka, buty do wspinaczki.. ).
Buziaki Kochani
Monio Trento :) ale Tobie to dobrze :)
OdpowiedzUsuńpiękne zdjęcia, a opisy wcale nie gorsze :)
Trzymaj się chilijsko i niech się szczęści!
Staszko Ka
Kochana, z zapartym tchem czytam Twojego bloga..
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki, żeby wszytsko ukłądało sie po Twojej myśli i żeby szczeście dopisywało, i w domu, i w stolicy i na pustyni :) Osobiście teraz przerabiam rozdział housewife'a wiec z niecierpliwościa czekam aż podzielisz się swoimi doświadczeniami kulinarnymi z tego pieknego miejsca. Poki co ściskam mocno.
Mihosz
Ania, post gastronomiczny niedlugo:) Szykuj sie na zmasowany atak awokado! I na Chile 2011 sie szykuj :)
OdpowiedzUsuńStaszkooooo, poki co mi sie szczesci, tylko na Open Air Cie nie zobacze! Buuu Przeslij jakies video :)