Prawie tydzien spedzilam w Districto Federal (DF). Stolica sama w sobie jest jak oddzielny kraj. Jest ogromna, co widac juz z samolotu. To miasto sie po prostu nigdzie na horyzoncie nie konczy, rozlewa sie jeszcze po pobliskich gorach. Widok podziwiac mozna tez z Torre Latinoamericana, wysokiej wiezy z tarasem widokowym. Z 46. pietra rozciaga sie przepiekna panorama. Na gore wjechalismy tuz przed zachodem slonca, zeby zobaczyc ja za dnia i w nocy:
To co mnie w miescie juz na samym poczatku zdziwilo, to kultura na drogach. W Mexico City mieszka 25 milionow ludzi, nie sposob zyc w nim bez samochodu, kazdy wiec ma przynajmniej jeden, co prowadzi do tego, ze o kazdej porze DF jest zakorkowane. Swoja droga nie moglabym zyc chyba w takim trybie - codziennie spedzac jakies 4-6h w korkach (sic!). Polskim sposobem myslenia moznaby zalozyc, ze kierowcy beda sie bic o pierwszenstwo, wcinac, kombinowac, a tu nie - pelna kultura, brak irytacji, wpuszczanie zmieniajacych pas, dosyc wolna predkosc.. Choc bywaja skrzyzowania, ze nawet w tym spokojnym trybie chybabym umarla, zeby sie polapac i wyjsc ze skretu calo:)
DF ma tez rozwiniete linie metra, swietnie oznakowane, nie mialam problemu, choc podobno nie jest tam zbyt beziecznie. Szczesliwie nie bylam swiadkiem ani uczestnikiem zadnej mrozacej krew w zylach sytuacji, niczego takiego Wam nie opowiem..:) Przeciwnie, czestowano mnie w metrze owocami, ludzie pytali sie skad jestem i polecali miejsca do zobaczenia. Unikalam jedynie jezdzenia poznym wieczorem czy w nocy. Staralam sie unikac tez godzin szczytu, ale raz mi sie nie udalo i to byla przygoda. Kiedy dostalam sie w konncu na peron, czekalam chwile juz na to, zeby byc przy linii wsiadania, ale to jeszcze nie wystarcza, bo ludzie tlocza sie okrutnie i nagle jak podjezdza wagon ladujesz gdzies na koncu. Przepuscilam w ten sposob 3 wagony, ktore wcale nie wygladaly na to, ze maja jezcze miejsce, ale walka sie toczy zawsze:) Bez wiekszego wyboru przy czwartym przycisnelam plecak mocno do siebie i po prostu oderwalam stopy od podloza. Tlum porwal mnie do srodka wagonu, nie musialam nic robic, zostalam wessana hehe:) W metrze jakis meksykanski macho skorzystal z okazji i pomacal mnie po tylku, ale ku jego zdziwieniu uzylam jednego z niecenzuranych slow w slangu meksykanskim i odpuscil. Genralnie Meksykanie to gentelmani, przepuszczaja w drzwiach itd, ale zdarzaja sie tacy macho. Przy okazji, nalezy przedstawic Fernando i Marco, moich meksykanskich przyjaciol, aniolow strozow. To u nich nocowalam, oni po pracy oprowadzali mnie po miescie, i oni nauczyli mnie oczywiscie kilku(nastu) brzydkich slow na powyzsze okazje ;) Christel musiala wrocic do Francji troche wczesniej, wiec DF wlasciwie zwiedzalam w dzien sama, wybierajac muzea i bezpieczniejsze miejsca, a po pracy bylismy jak Trzej Muszkieterowie:)
Boss Marco i Zorro Fernando:)
GRACIAS CHICOS OTRA VEZ!!
A propos muzeom w DF wybralam sie do dwoch. Nie do odpuszczenia jest Muzeum Antropologiczne, szczegolnie czesc Majow i Aztekow, ze slynnym Piedra Del Sol (Kamieniem Slonca). Jesli ktos chce zobaczyc wszystko szykowac trzeba caly dzien! To miejsce to kopalnia wiedzy i historii. Czlowiek zdaje sobie sprawe z tego jak fascynujace byly to kultury i zaczyna nienawidziec Hiszpanow za bestialskie ich zniszczenie i wymordowanie. (Na marginesie, odkad jestem w Ameryce Lacinskiej, na Kubie, w Meksyku, zaczynam rozumiec dlaczego latynosi nie palaja miloscia do Hiszpanow, nie chodzi tylko o to, ze mowia dziwnie `cerveza` hehe). Ja z braku czasu i napietego grafiku spedzilam w muzeum jakies 3h, a nie zobaczylam nawet polowy.
Innego dnia wybralam sie do dzielnicy Cayoacan, znanej dzieki Muzeum Fridy Kahlo i Diego Riviery. To tam jest jej slynny niebieski dom. Bylam, zwiedzilam i musze powiedziec, ze marzy mi sie mieszkac w czyms takim. Dom jest piekny, kolorowy, w szczegolnosci dziedziniec z ogrodem. Prac Fridy nie ma tam wiele, ale wrazenie robi chodzenie po jej domu. Nie palam jakas maniakalna miloscia do Kahlo, nie na tyle przynajmniej, zeby ogladac jej prwywatne rzeczy, ale znam i szanuje jej zyciorys i prace pelne cierpienia i bolu. Dlatego lozko ze specjalnym stelazem, na ktorym malowala i lustrem, ktore zamontowala jej matka, zeby malowac w ogole mogla czy jej pracownia, gdzie stoi jej wozek inwalidzki nadaje muzeum charakteru.
Dzielnica sama w sobie jest urocza, kolorowa, zadbania i pelna zieleni. Przeszlam sie tez na zocalo, glowny plac, gdzie zjadlam pyszne churros nadziewane smietana i jakby konfitura z ananasa:) Byla tez tam wystawa prac Riviery (jak wszedzie gdzie sie da w calym Meksyku hehe), dlatego darowalam sobie juz samo muzeum Riviery. Pojechalam do centrum DF, zwiedzic plac glowny z katedra i palacem prezydenckim; i Templo Mayor, ruiny miasta Tenochtitlan, na ktorym zbudowano Miasto Meksyk.
Po drodze zobaczylam tez pokaz tanca indianskiego:
I protest w sprawie ropy w Zatoce Meksykanskiej:
Tego dnia mielismy tez domowke z Muszkieterami, sasiedzi w nocy najczesciej slyszeli zza sciany NA ZDROWIE! :) a wyprawe do Teotihuacanu nastepnego dnia przelozylismy na kolejny... ;)
Reasumujac, zanim przejde do drugiej czesci meksykanskiej wyprawy - stolica jest spokojniejsza niz zakladalam. Nie czulam niebezpieczenstwa, gangow i innych takich, a jak wiadomo gdzies tam sa. Ale nawet Meksykanie mowia, ze gangsterzy jakby szanuja DF i najgorsze rzeczy dzieja sie w innych rejonach Meksyku.
Z drugiej strony miasto gigant zdaje sie miec niekonczaca sie ilosc miejsc, dzielnic, parkow, muzeow, pubow, ulic, zaulkow.. Chyba potrzeba calego zycia, zeby znac je choc w polowie jak wlasna kieszen. Jest w tym cos fascynujacego. Polaczenie sily, przedziwnego jak na takiego kolosa braku balaganu i dezorientacji, jakiegos spokoju i latynowskiej radosci zycia. No moze oprocz metra w godznach szczytu:P
Generalnie na ulicach nie ma szalenstwa, muzyki na kazdym kroku, kolorowych straganow. Trzeba wiedziec gdzie skrecic i gdzie pojechac, za to place i rynki z ichniejsza sztuka ludowa przyprawiaja o zawrot glowy. Kolory, kolory, kolory i przepiekna recznie malowana porcelana i szklo. (Do Ciudadeli pojechalam dwa razy, poogladac i pokupowac:). Bardzo latwo byloby urzadzic dom w Meksyku.
Na ulicach sprobowac tez mozna mase smacznego jedzenia, ale o tym jutro:)
spora ta moneta za Tobą
OdpowiedzUsuń24 tony! srednica 3,5 metra!
OdpowiedzUsuńi trzeba kilkanasce przyniesc zeby wymienic na dolara?
OdpowiedzUsuńwymien jedna, a dolarow swiata ledwo starczy wzamian :)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń