niedziela, 17 lipca 2011

Niebo nad Santiago

'Pada!' krzyczy ktos i wszyscy obecni biegna do okien, przyciskajac nosy do szyb, a kto moze wybiega na taras, lapiac krople w dlon. Ta reakcja Chilijczykow na deszcz zawsze mnie troche smieszy i jednoczesnie rozczula. Mysle sobie tez co by bylo, gdyby spadl polski snieg..! I nie mowie o jezdzie na nartach, snieg maja w Andach, ale o miescie pokrytym po kostki i lepieniu balwanow w ogrodku. W zeszly weekend tesciowa wspominala, jak to pamieta jak raz w Santiago bylo bialo. W siedemdziesiatym ktoryms.. :)

Wracajac do deszczu, w Santiago nie pada zbyt czesto, wlasciwie prawie w ogole, stad nawet mzawka urasta do wydarzenia. Nie, zeby miasto cierpialo na szczegolne suchoty (choc ulga w lecie jest ogroma jak sie zdarzy mokry dzien), ale deszcz zdaje sie tu byc dla ludzi mala anomalia pogody, ktora trzeba oblukac z okna. W Chile odzwyczailam sie od patrzenia w niebo i obstawania czy to chmury grozne czy ino szare, nie nosze tez parasola. Poza tym, jesli zbliza sie dzien deszczowy na pewno uslysze o tym w sklepie, na ulicy czy windzie.. 

Nie zebym tesknila jakos mocno za kroplami z nieba, ale lubie jak w Santiago popada.. Deszcz przegania smog, dlatego tez nastepnego dnia Andy wygladaja przepieknie. Najlepsze co mozna wtedy zrobic, to wspiac sie wzgorze San Cristobal, skad rozciaga sie robiaca wrazenie panorama miasta. Tak tez zrobilismy wczoraj, po 2 dniach deszczu. Zabralismy aparat C., moj cierpi niestety na problemy z bateria..









Po zachodzie slonca zeszlismy ze wzgorza i pojechalismy na zakupy. Wybor padl na eksluzywna dzielnice La Dehesa, polozona niemal juz pod kordyriera (wiec daleko i zimno). Jako ze nie moge znalezc w 'normalnych sklepach' w centrum kilku rzeczy, ktore jadalam w Polsce, udalismy sie na poszukiwania do centrum handlowego (i spozywczego) Portal La Dehensa. W takich supermarketach dla wyzszych sfer, moje snobistyczne, europejskie produkty leza na polkach hehe (nic takiego, chocby kuskus czy ser feta), przynajmniej niektore. Nasza ekskluzywna wyprawa skonczyla sie malym rozczarowaniem (sklep niby duzy, ale produktow malo), no i zawialo chlodem (w snobistycznym open air- open roof markecie, i od quico ludzi). C. opowiadal mi jak to mieszkancy dzielnicy szczyca sie tym, ze czasem spadnie u nich troche sniegu (Andy sa rzut beretem, wiec im troche skapnie). O tym, ze snow is snob przekonalam sie na wlasne oczy, czekajac na autobus powrotny. Przystanek pokryty byl gruba warstwa sztucznego, plastikowego sniegu.... :)) Dla mnie jako Polki z krainy pieciomiesiecznej zimy bylo to smieszne, dla C. jako rozumnego Chilijczyka z klasy sredniej zawstydzajace. Co moge powiedziec, zapraszam do Polski.. Tymczasem przynajmniej deszcz pada w Chile dla wszystkich, niezaleznie od klasy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz