poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Meksyk centralny - part 2: mariachis, deszcze i dreszcze



Wracam do meksykanskiej wyprawy. Skonczylam gdzies w polowie, na powrocie do Morelii z rundy po okolicznych jeziorach i miasteczkach. Nastepnego dnia ruszylismy do Guanajuato. Mialysmy z Christel jechac autobusem, ale Fonso nabral ochoty na urwanie sie z pracy na kolejny dzien i pojechal z nami samochodem. Tym sposobem po 4h wjechalismy juz do miasta, oczywiscie w deszczu. Przywyczajeni do zwiedzania w niesprzyjajacych warunkach przyrody ruszylismy do centrum.

GUANUAJUATO jest dosc slynne w Meksyku, to urocze, kolorowe miasto polozone w waskiej dolinie i pnace sie po scianach wawazu. Jest znacznie wieksze niz Taxco, ale uliczki nie sa tak krete, waskie i strome; za to domy jeszcze bardziej kolorowe. Miasto znane jest tez dzieki corocznemu festiwalowi Cervantino, wielbiciele Don Kichota znajda tam tez Museo Icnografico del Qijote. Ja nie bylam, wolalam wybrac sie do domu Diego Riviery. Malarz urodzil sie wlasnie tam, a dom gdzie mieszkal przez 6 pierwszych lat jest teraz zamieniony w muzeum. Z ciekawostek to jest tez w miescie wielki targ rekodziela, ktory miesci sie w budynku zaprojektowanym przez Eiffel`a, tego od wiezy w Paryzu. Poczatkowo konstrukcja miala byc hala dworca gdzies we Francji, ale ostatecznie kupili ja Meksykanie i przetrasportowali do siebie. Poza tym, ze budowla ma slynnego projektanta nie jest zbyt imponujaca, a w srodku `pachnialo` jak na dworcu, rzeczywiscie:) Z atrakcji turystycznych istnieje tez w Guanuajuato Calle de Besos, Ulica Pocalunkow, uliczka z dorobiona historia, ze jest tak waska, ze zakochani moga sie tam calowac przez okna na przeciwko, nie wychodzac z domow. Turysci uderzaja wlasnie tam, zeby pstryknac sobie zjecie w uscisku, ale tak naprawde widzialam bardziej waskie i ciekawsze uliczki w miescie i te wrzucam na fotach.













Jeszcze seria z balkonami, ktore jak pewnie juz zauwazyliscie zwracaja moja szczegolna uwage. Meksyk szczyci sie zwykle kolorowymi i pelnymi kwiatow. Ciekawe bywaja tez doniczki (te recznie malowane). Kilka zdjec z tej serii mi wsiaklo, ostaly te..











Warto wybrac sie na wzgorze, zeby zobaczyc panorame miasta. Mozna wjechac kolejka, ale wchodzenie piechota daje wieksza frajde, mozna wtedy tez skrecic w urocze uliczki wijce sie wzdluz drogi.









Warto tez przejsc sie (zwlaszcze wieczorem) na plac kolo Teatru Juarez, niedaleko bazyliki, to tam w dzien i w nocy zbieraja sie mariachi i inni uliczni grajkowie. To tam przychodzi mlodziez i stamtad rusza sie do barow. Guanujuato jest zywym miastem, jest z czego wybierac.





Fonso wieczorem musial wracac do Morelii (jego szef nie byl az tak wyuluzowany, zeby dac mu trzeci dzien wolnego z rzedu:), a my z Christel poszlysmy w tany. Nie trudno w Meksyku znalezc knajpe z muzyka na zywo, od tego zaczelysmy, a skonczylysmy w pubie na wzgorzu, na ostatnim pietrze z tarasem, skad rozciagal sie nocny widok na miasto. Siedzialysmy, gadajac `o zyciu` az nas grzeczie wyprosili jako ostatnie klientki (Zgodnie uznalysmy, ze Meksykanie nie sa zbyt przystojni ogolnie, ale w Guanuajuato rzecz ma sie inaczej, z kelnerem na czele:). Zostalysmy w miescie jeszcze na kolejny dzien, zeby sie poblakac po uliczkach, wieczorem ruszylysmy dalej.




SAN LUIS POTOSI, ZACATECAS
Z Guanajuato ruszylysmy do San Luis Potosi. Potem do Zacatecas. Zdjecia z tej czesci wyprawy to te, ktore magicznym sposobem mi sie nie zgraly, wiec zaserwuje tylko opis. Szczescie w nieszczesciu - nie byly to najciekawsze miasta i foty wyprawy. Moze poza seria z mariachis w San Luis.. :(

Do San Luis pojechalysmy, by dotrzec do Huasteca Potosi. To tam, w samym sercu dzungli, nieco szalony Anglik - Edward Jones, zbudowal kamienne miasto. Jakis czas temu BBC zrobilo o tym reportaz. Nieco dalej zobaczyc tez mozna laguny i wodospady. Po zwiedzeniu kilku miast miala to byc dla nas odmiana. Dotarlysmy do miasta po 22, zrobilysmy runde po centrum i spotkalysmy wspomnianych mariachis. Na 2 skwerach niedaleko naszego hotelu wygladalo to tak jak widzialam w `Boso przez swiat` Cejrowskiego. Place pelne sa wasatych mariachi, ubranych w eleganckie, specjalne stroje i kapelusze; probuja zatrzymywac samochody, oferujac swoje muzyczne uslugi. Nas tez zatrzymali, choc nie mialysmy ani samochodu ani pieniedzy :) Jak juz wrocilysmy do hostelu wlasciwie cala noc slyszalysmy jak graja, stali tuz za rogiem.
Nie musze dodawac, ze jak wjezdzalysmy do miasta padalo? Nie wzruszylo nas to z bardzo, tyle ze nastepnego dnia okazalo sie, ze przez te deszcze nie mozemy wjechac do Huasteki. Dzungla jest odcieta, drogi nieprzejezdne, minimum na 3 dni. Zepsulo nam to humory, bo nie moglysmy tyle czekac, tym bardziej, ze miasto okazalo sie dosc smutne i szare. Jedyna rzecz warta odnotowania to lunch. Zjadlam tam ichniejsza specjalnosc - quesadille z sosem zrobionym z czekolady i chilli (wszystko jedza z chilli!). Zadziwiajaco dobre! Po 3h zwiedzania San Luis postanowilysmy jechac dalej, do Zacatecas.

Bylysmy juz jakies 9h autobusem od stolicy. Zacatecas mialo by ostatnim miastem naszej wspolnej miesiecznej podrozy z Christel. Ona wracala do Francji 6 dni wczesniej niz ja do Chile. Lot miala z Monterrey, wiec z 2 dni rozjechac sie mialysmy w dwie strony. Zacatecas okazalo sie ladnym miastem, troche podobnym w budowie do hiszpanskiej Salamanki. To tez drugie najslynniejsze miasto obok Taxco a propos zakupu srebra. To tam mialysmy tez najlepszy hostel podczas calego pobytu. Na dachu budynku mielismy do dyspozycji taras ze stolikami, z widokiem na cale miasto, na dole wspolna kuchnie z kawa i herbata za free. Tam tez mozna bylo o kazdej porze dnia spotkac ludzi z roznych stron swiata. Do tego darmowe wifi. I tu znowu szczescie w nieszczesciu - bo kolejny dzien przyszlo mi spedzic w lozku. Kuchnia meksykanska jest bardzo smaczna, ale bardzo ciezka dla zoladka. (Oprocz tego, ze pikantna). Rano jedza rzeczy ktore ja bym raczej jadla jako lunch albo nawet kolacje (jak ciepla kanapka z miesem w goracym pomidorowym sosie). Postanowilysmy wiec z Christel przejsc sie do sueprmarketu, kupic cos lekkiego w stylu jogurt i pieczywo i zjesc sniadanie na tarasie. Wszystko super, tylko zakupiona przeze mnie kanapka okazala sie najgorszym wyborem swiata. Mialam po niej nieprzespana noc i caly kolejny dzien w lozku. Domyslcie sie dlaczego :P Przez caly kubankso-meksykanski miesiac nie mialam ani razu problemu z jedzeniem, a tu ostatniego dnia rozlozyla mnie kanapka z supermarketu, wiec nawet nic meksykanskiego.. Christel wybyla do Monterrey, ja zostalam jeden dzien dluzej, bo nie bylam w stanie jechac 9h autobusem. Nastepnego dnia zebralam sie jakos i wrocilam do Mexico City. 9h to masakrycznie duzo, wlasciwie tyle ile lot z Meksyku do Chile! Wcale nie pomagaja filmy ktore wyswietlaja w autobusach. Graja jeden po drugim, czasem w polowie przerywaja i zmieniaja na inny. Filmy sa zwykle marnej kategorii, jak jakas glupawa komedia z Pamela Anderson czy Eddiem Murphym (dla mnie wszystkie te filmy z nim sa takie same, wybaczcie fani Eddiego). Siedzialam do tego pod samym glosnikiem, miedzy filmami nie ma przerwy, wiec mialam 9h dudnienia nad soba. Przezylam jakos i dojechalam do stolicy, gdzie na dworcu czekali na mnie Fernando i Marco. Killka kolejnych dni w Mexico City opisalam juz wczesniej (bo stolice zwiedzalam na poczatku i potem na koncu), ale zaplanowana mialam jeszcze wyprawe do Teotihuacan, ruin Aztekow, a o tym jeszcze nie bylo. Wyprawa okazala sie byc wspaniala, koncowa kropka nad i. Ale o niej wiecej jutro:)
Pa!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz